III Kwartet smyczkowy | opinie


„Najsilniej może pozostanie we mnie jeden z późnojesiennych wieczorów 2002 roku. […] Profesor powiedział nagle, że zagra nam «jeden kawałek, właściwie kilka pieśni». Na pięknym, czarnym Kawaiu stała mała lampka, jedyne czynne źródełko światła w pomieszczeniu, punktowo iluminujące starannie zapisany rękopis. Długa chwila ciszy w półmroku, wreszcie zaczął. Mięsistego, jędrnego i pełnego niuansów dźwięku mogłoby mu pozazdrościć wielu (większość!) współczesnych pianistów. Stopniowo zaczęła wyłaniać się potężna struktura czterech adagiów, z centralnie usytuowanym, jakby jazzującym scherzem. Dość szybko wszyscy domyśliliśmy się, że profesor gra nam swój «mityczny» III Kwartet, o którym było wiadomo, że leży w szufladzie od kilku lat, a którego wciąż nie chce przekazać Booseyowi, cyzelując w nieskończoność warstwę artykulacyjną i dynamiczną. Przez okrągłą niemal godzinę Profesor grał pewnie, czasem cicho podśpiewywał. I chociaż nie wyjaśniał nam w trakcie gry niczego, kiedy kończył ostatnią część nie było wątpliwości, że rwane, pojedyncze dźwięki depresyjnej frazy popłyną w przyszłości spod smyczka wiolonczelisty…”

(Marcin Gmys, Czarne kwiaty. Henryk Mikołaj Górecki (1933–2010), „Dwutygodnik” 2010, nr 43)


„Po koncercie […] dwaj Mistrzowie siedzą przy kuflu piwa i prowadzą ożywioną rozmowę. Penderecki w pewnym momencie zagaja, że musi do partytury Trzeciego w przyszłości koniecznie zajrzeć i czujemy, że to nie jest tylko kurtuazja. Natychmiast zresztą pada z jego ust pytanie: «A pamiętasz ten moment adagia z Kwintetu Schuberta, w którym wiolonczela puszczona zostaje jakby samopas?» Niewiarygodne! Nieliczący się niegdyś z tradycją autor Trenu pamięci ofiar Hiroszimy pyta równie obrazoburczego autora Scontri o najbardziej zjawiskowy fragment całej spuścizny Schuberta, którego doniosłość zwykle uświadamiają sobie tylko nieliczni «znawcy romantyzmu muzycznego». Fragment utrzymany w tonacji pożegnania, E-dur, którym umierający, 31-letni autor Winterreise tym razem powala na łopatki każdego pretendenta do wielkości w kameralistyce – nawet dysponującego najbardziej może rozwibrowaną wyobraźnią głuchego Beethovena, twórcę Kwartetu cis-moll. Druga wiolonczela, pierwsze skrzypce i cała reszta – rozpadają się na głosy, partie, plamy od siebie zupełnie niezależne. Niby wszystko jest w tym adagio tonalne i metryczne, a zarazem zanurzone już i w fakturalnej estetyce pierwszej połowy XX wieku, i w naszym, postmodernistycznym „czasie zatrzymanym”. Profesor bez sekundy zawahania imituje arabeski wiolonczeli sugestywnie przeplatając je „kontrapunktem” skrzypiec. Po chwili obaj patrzą na siebie, a w powietrzu czuje się nadzwyczajne, bezsłowne porozumienie. Ciekawe, o czym rozmawiali podczas swego ostatniego widzenia w szpitalu, 10 listopada, niecałe dwie doby przed śmiercią Góreckiego…”

(Marcin Gmys, Czarne kwiaty. Henryk Mikołaj Górecki (1933–2010), „Dwutygodnik” 2010 nr 43)