Biografia

Henryk Mikołaj Górecki

Dla wielu nazwisko Henryka Mikołaja Góreckiego wiąże się niemal wyłącznie z III Symfonią „Symfonią pieśni żałosnych”, która w połowie lat 90. XX wieku zawojowała świat, przebijając popularnością wiele utworów z gatunku muzyki rozrywkowej. Trzeba jednak pamiętać, że muzyka Góreckiego to o wiele więcej. Całokształt jego twórczości pozostaje w muzyce zjawiskiem niezwykłym i – by użyć słów Andrzeja Chłopeckiego – „szlachetnie osobnym”. Kompozytor nigdy nie oglądał się na obowiązujące mody, konsekwentnie tworząc własny muzyczny świat, porażający siłą ekspresji i oddziałujący na emocje słuchacza nieraz już od pierwszych dźwięków utworu.

Henryk Mikołaj Górecki

Urodził się 6 grudnia 1933 roku w Czernicy koło Rybnika. Jego życie bardzo wcześnie naznaczone zostało cierpieniem – zarówno duchowym, wynikającym z braku matki, która zmarła w dniu jego drugich urodzin, jak i fizycznym, związanym z poważnie uszkodzonym w dzieciństwie stawem biodrowym oraz szeregiem dalszych komplikacji zdrowotnych. Tym większy podziw budzi siła jego talentu i determinacja w dążeniu do zdobywania muzycznej wiedzy. A trudności pokonać musiał po drodze niemało... Ojciec i macocha nie chcieli zgodzić się na jego edukację muzyczną, w dzieciństwie nie pozwalano mu pobierać lekcji gry na fortepianie, w końcu jednak rozpoczął naukę u wiejskiego skrzypka-artysty w rodzinnych Rydułtowach. Kiedy trafił do średniej szkoły muzycznej w Rybniku, pracował jednocześnie jako nauczyciel w wiejskiej szkole, a rozpoczynając w 1955 roku studia kompozytorskie u Bolesława Szabelskiego w katowickiej Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej, jeszcze przez jakiś czas codzienną drogę z domu na uczelnię musiał pokonywać wiele godzin. Nawet kiedy zamieszkał już w Katowicach, jego pierwsze lokum było tak małe, że zabrakło w nim miejsca na stół lub biurko, kładł więc na umywalkę deseczkę i na niej komponował. Gdy jednak w końcu trafił do Szabelskiego, ten z miejsca rozpoznał znakomity talent, tak silny i naturalny, że właściwie trzeba było mu tylko pozwolić się rozwijać…

Górecki jako pierwszy w historii student kompozycji miał swój monograficzny koncert, który odbył się w Katowicach 27 lutego 1958 roku i był zarazem jego oficjalnym debiutem. Jeszcze w tym samym roku po raz pierwszy zaprezentował się publiczności Warszawskiej Jesieni krótkim utworem Epitafium na chór i zespół instrumentalny. Od tego czasu jego nazwisko znalazło się w czołówce najbardziej znaczących twórców wyznaczających nowe kierunki rozwoju polskiej muzyki. Publiczność pierwszych Warszawskich Jesieni zaszokował skrajnie awangardowymi, niezwykle wybuchowymi utworami orkiestrowymi – I Symfonią „1959” i Scontri, aby następnie zwrócić się ku bardziej kameralnym poszukiwaniom nowych brzmień w sonorystycznych cyklach Genesis i Muzyczki. Pierwszy przełom przyniósł w połowie lat 60. Refren na orkiestrę, charakteryzujący się niezwykłym spokojem i kontemplacyjnym nastrojem w wolnych częściach skrajnych. Prawdziwym wstrząsem dla awangardowej publiczności stało się jednak wykonanie na Warszawskiej Jesieni w 1972 roku Ad Matrem na sopran, chór i orkiestrę. Tak silna emocja muzyczna, wyraźnie podkreślająca słowo (i to słowo religijne!), przy tak znaczącym ograniczeniu środków muzycznych – było to wówczas coś niebywałego.

Górecki za młodu

Warto zwrócić tu uwagę na temat Ad Matrem. Utwór został dedykowany pamięci matki kompozytora. Jeden z najbardziej oryginalnych twórców polskiej muzyki umiał dotkliwy brak matczynej miłości i opieki przekuć z czasem w jeden z najdoskonalszych przejawów swojej twórczości, stapiając go z kultem Matki Bożej. Zapewne także dlatego tak bliskie było mu i Stabat Mater Karola Szymanowskiego, i kult maryjny, symbolizowany niejako przez osobę papieża Jana Pawła II, któremu Górecki zadedykował m.in. chóralne Totus Tuus. Temat ten, bardzo wyraźny w Ad Matrem, znalazł kilka lat później jeszcze pełniejszą realizację w III Symfonii „Symfonii pieśni żałosnych”. Cierpienie związane z utratą najbliższej osoby oraz podkreślenie emocjonalnej więzi matki i dziecka nadały obydwu tym dziełom niezwykły wymiar duchowy, który w symfonii przybrał charakter sakralnej niemal modlitwy. W rezultacie, siłą prawdziwego duchowego przeżycia, III Symfonia zdołała poruszyć ludzi na całym świecie.

Jednak zanim to się stało, Górecki doświadczył wielu trudnych chwil, zwłaszcza w latach 80., gdy właściwie wycofał się z oficjalnego życia muzycznego. Wiązało się to zarówno z niepochlebnymi recenzjami krytyków po polskim wykonaniu III Symfonii w 1977 roku, jeszcze bardziej nieprzychylnymi po prezentacji Beatus vir dwa lata później, jak i z okresem pełnienia funkcji rektora Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Katowicach (1975–1979). Recenzenci (nie wszyscy, gwoli ścisłości) ostro sprzeciwiali się daleko idącemu uproszczeniu muzyki Góreckiego, widząc w tym radykalny odwrót od ideałów awangardy. Z funkcji rektora kompozytor ustąpił ze względu na ciągłe problemy z władzami, których naciski uniemożliwiały mu kierowanie uczelnią w sposób niezależny. Jego i tak trudną sytuację zaogniła decyzja o napisaniu dzieła na zamówienie krakowskiego kardynała, Karola Wojtyły, który w międzyczasie został wybrany papieżem. Beatus vir został w końcu prawykonany podczas I Pielgrzymki Papieskiej do Ojczyzny w czerwcu 1979 roku, a Górecki wówczas już rektorem nie był. Po tych wydarzeniach kompozytor na dobrych kilka lat usunął się w cień i poświęcił pisaniu prostych chóralnych opracowań pieśni ludowych i religijnych. Na szczęście mniej więcej od połowy lat 80. zaczął się o niego upominać świat. Najpierw, w 1984 roku, Górecki otrzymał zaproszenie do Danii, wraz z zamówieniem, w wyniku którego powstało trio Recitativa i ariosa „Lerchenmusik”. Od 1987 roku natomiast, dzięki staraniom brytyjskiego wydawnictwa Boosey & Hawkes, jego muzyka zaczęła być grywana w Wielkiej Brytanii. Od tego też czasu datuje się znajomość Góreckiego z amerykańskim Kronos Quartet, dla którego napisał wszystkie trzy kwartety smyczkowe. Stąd już tylko krok do sławetnego nagrania III Symfonii z Dawn Upshaw i London Sinfoniettą pod dyrekcją Davida Zinmana (Elektra Nonesuch, 1992) i ogromnego sukcesu komercyjnego tej płyty.

Górecki w pustym kościele

Za swą działalność kompozytorską Górecki był wielokrotnie honorowany nagrodami i odznaczeniami, zarówno krajowymi, jak i zagranicznymi. Otrzymał m.in. Nagrodę Ministra Kultury i Sztuki (aż trzykrotnie – 1965, 1969 i 1973) oraz Nagrodę Związku Kompozytorów Polskich (1970). Jego Refren na orkiestrę zajął III miejsce na Międzynarodowej Trybunie Kompozytorów UNESCO w 1967 roku, a w 1973 roku I lokatę zdobyło tam Ad Matrem na sopran, chór i orkiestrę. Znaczna liczba honorów spłynęła na kompozytora w 2002 i 2003 roku, a były to m.in. Nagroda Tansmana za wybitną indywidualność muzyczną i bezkompromisowość w twórczości i Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski (2002) oraz nagroda metropolity katowickiego „Lux ex Silesia” (2003). W 2009 roku Górecki otrzymał najwyższe odznaczenie papieskie – Order Świętego Grzegorza Wielkiego, a w 2010 roku – Order Orła Białego. Miał na swoim koncie również liczne tytuły doktora honoris causa, m.in. Uniwersytetu Warszawskiego, Uniwersytetu Jagiellońskiego, Uniwersytetu Michigan w Ann Arbor oraz Uniwersytetu w Montrealu.

Zmarł 12 listopada 2010 roku w Katowicach i tam też został pochowany. Tradycje muzyczne kontynuują jego dzieci – córka Anna jest pianistką, syn Mikołaj – kompozytorem. 

Górecki gra na fortepianie

Górecki był w dużej mierze samoukiem, co nie przeszkadzało mu zachwycać erudycją i szeroką znajomością różnych dziedzin. Przez całe życie zapamiętale się kształcił, we własnym zakresie zgłębiając interesujące go tematy, nie tylko muzyczne. Poważnie i w sposób pełen zaangażowania robił wszystko, czego się podejmował, przede wszystkim jednak – komponował. W jego muzyce nie ma żadnej powierzchowności – każdy utwór jest nie tylko dokładnie przemyślany w swej konstrukcji, ale i głęboko przez kompozytora przeżyty. Górecki nie uwodzi słuchacza powierzchowną urodą brzmienia czy subtelnościami formy. Wydaje się, że właściwie nie interesuje go estetyczny wymiar muzyki. Posiada ona dla niego głównie wymiar etyczny, duchowy. Na pierwszy plan wysuwa się dźwiękowa prawda, która oddziałuje na słuchacza, „łapiąc go za gardło” czy też „waląc obuchem” bez żadnego estetycznego znieczulenia. Ta bezpośredniość właśnie, a także skoncentrowana siła wyrazu, pozostają najważniejszymi cechami muzyki Góreckiego, zapewniając jej odrębność i oryginalność.

Krzysztof Droba nazwał twórczość kompozytora „super niepoprawną estetycznie”. Stwierdzenie to odnieść można nie tylko do kontekstu historycznego utworów Góreckiego, nie zważającego na żadne mody i nie wzbraniającego się przed estetyczną odrębnością, lecz również do owego autentyzmu muzycznej wypowiedzi, który ujawnia się zarówno w agresji brzmieniowej wczesnych dzieł, jak i w kontemplacyjności III Symfonii czy ujmującej prostocie utworów chóralnych. W każdym przypadku muzyka ta potrafi dosłownie porazić swą mocą, zwłaszcza jeśli w sukurs kompozytorowi przychodzą najlepsi wykonawcy.

Górecki zasłuchany

Górecki właściwie całe życie spędził w Polsce, dzieląc swój czas między dwa ukochane regiony – rodzinny Śląsk oraz Podhale, z którym związała go fascynacja twórczością Karola Szymanowskiego i muzyką góralską. Swemu przywiązaniu do rodzimej ziemi i do wiary katolickiej dawał niejednokrotnie wyraz zarówno w utworach, jak i wypowiedziach. Nurt opracowań tradycyjnych pieśni religijnych, takich jak Pieśni kościelne czy Pieśni Maryjne, pozostaje ważną sferą twórczości kompozytora, której poświęcał się z pełną pokorą; pieśniom tym potrafił przy tym nadać, zachowując prostotę oryginału, prawdziwie artystyczny wymiar. Wraz z utworami tej rangi co Amen, Miserere czy Totus Tuus pozostają one nie tylko świadectwem geniuszu kompozytora, ale i wyznaniem jego wiary.

Muzyka Góreckiego stanowi wreszcie znakomite odzwierciedlenie znaczonej zmiennością nastrojów i silnymi kontrastami charakteru osobowości twórcy. Jej złożoność, a jednocześnie niesłychana prostota nie tylko wzbogacają obraz muzyki polskiej XX wieku, ale również – a nawet przede wszystkim – świat muzycznych doświadczeń i emocji każdego z nas.

Beata Bolesławska-Lewandowska