Jacek Kaspszyk | Playlista




Wojciech Kilar jest wyjątkowym kompozytorem i człowiekiem, związanym z początkami mojej kariery i pracy z Wielką Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia i Telewizji, obecnym NOSPR-em. Miałem ten honor – bardzo wcześnie, jako bardzo młody człowiek – pracować tam i zostać ich szefem. Wtedy poznałem Wojciecha Kilara. Bardzo dużo czasu spędzałem w Katowicach, a właściwie każdą wolną chwilę – w domu Wojciecha i Basi. To były niezliczone ilości godzin rozmów, dyskusji o muzyce.

Gdybym miał wymieniać jego utwory, to właściwie wszystkie są fantastyczne i napisane z niebywałym talentem. Ale takim najbliższym mi jest Exodus. Miałem zaszczyt dyrygować prawykonanie na Warszawskiej Jesieni. Zresztą to był wyjątkowy koncert – Kilar zmienił wtedy swój język muzyczny. I jego utwór – takie właściwie odniesienie można by zrobić do Bolera Ravela, bo był to również narastający i właściwie jednostajny pochód z jednym motywem – wywołał u połowy sali zachwyt i standing ovation, u drugiej połowy jakiś dyskomfort, buczenie. Tak, że właściwie to była wspaniała reakcja na festiwalu muzyki współczesnej.

Oczywiście warto wymienić Krzesany, który stał się kamieniem milowym, w którym kompozytor pokazał, że można folklor potraktować bardzo współcześnie, bardzo dowolnie. Można napisać bardzo poważny utwór symfoniczny, podczas gdy pisany on jest językiem z jednej strony bardzo awangardowym, a z drugiej strony – szalenie popularnym.

Jego pierwsza faza twórczości, kiedy jeszcze właściwie go nie znałem, kiedy nie kojarzył się z Krzesanym czy z muzyką filmową, czy z Exodusem – tym, co dzisiaj należy do jego twórczości flagowej, ale właśnie sfera eksperymentów, i tu mógłbym wymienić jego Sonet na orkiestrę. Springfield Sonnet, utwór który trwa parę minut, ale – podobnie jak u Andrzeja Panufnika – widzimy tu jakąś niezwykłą łatwość w operowaniu barwą, instrumentacją, wielką orkiestrą, a także zupełnie fenomenalną kameralną atmosferę i kameralny efekt.

Miał niezwykłą łatwość pisania muzyki, ale nie robił tego z przymusu: wybierał sobie filmy. Bardzo lubił Krzysztofa Zanussiego i cenił go. Cenił jego wiedzę, intelekt, więc z przyjemnością pisał przyjacielowi muzykę.

Hollywood nigdy nie było jego marzeniem. To nie była sfera, o której on marzył czy do której dążył. To był taki miły dodatek. Dzisiaj niektórzy mówią, że mógł zrobić karierę w Hollywood – nigdy tego nie chciał. Tak jak powiedziałem, miał łatwość pisania, rozumiał bardzo dobrze film, więc i jego muzykę. Jednym z największych arcydzieł muzyki filmowej jest Ziemia obiecana. Ta muzyka jest szokująca, jest fenomenalna. Ale to, co najbardziej kochał, to komponowanie.